Sypialnia. Wstanie z
łóżka, ubranie się, spakowanie książek.
Łazienka. Umycie
zębów, makijaż, włosy.
Kuchnia. Kanapki,
picie.
Przedpokój. Buty,
szalik, kurtka.
Plecak, autobus.
Szkoła.
Kiedy rano wstaję,
cieszę się na myśl o szkole. Chociaż mam tak dopiero od niedawna. Dopiero od
niedawna wszystko się układa, nic się nie pieprzy. Dopiero niedawno uwierzyłam,
że życie nie jest takie złe, tylko najpierw wszystko się musi ułożyć. Poprawka:
to człowiek musi wszystko ułożyć. Nic samo się
nie zrobi. A szkoda.
Przystanek, na którym
wysiadam jest oddalony od mojej szkoły o około 5 minut drogi. Przechodzę przez
pasy, wchodzę między budynki. Z nieba zaczyna prószyć śnieg, więc żeby nie
zmokły mi włosy, zarzucam na głowę kaptur. Wszędzie jest jeszcze ciemno, świecą
się wysokie lampy. Kiedy byłam mała, zawsze się ich bałam. Widziałam w nich
coś, czego nikt inny nie widział. Zdawały się takie ogromne, górujące nad małą
dziewczynką, którą byłam. Czasami przybierały różne postaci, najczęściej
czarnych charakterów z bajek. Spuszczałam wtedy głowę, zamykałam oczy i łapałam
mocno mamę za rękę, żeby mnie prowadziła bo, rzecz jasna, nic nie widziałam. To był sposób
na strach – zamknięcie oczu. Teraz tak się nie da.
Z pomiędzy bloków,
wychodzę na małą uliczkę. Szybko przez nią przechodzę i widzę budynek szkoły.
Duży, pomalowany na ciepły odcień koloru pomarańczowego. Robię kilka kroków,
łapię za klamkę, otwieram drzwi i przekraczam próg. Ogarnia mnie hałas, jaki
normalnie panuje w tej szkole. Uwielbiam go.
Kieruję się w stronę
szatni. Tam czeka już na mnie Katie. To nasz zwyczaj – spotykamy się codziennie
przed szatnią.
- No witaj moja
szesnastko!
No tak.
Podbiega do mnie i
mocno mnie przytula. Odwzajemniam uścisk i lekko się uśmiecham.
Dzisiaj jest
poniedziałek, 9 lutego. 8 lutego miałam urodziny. Katie dzwoniła do mnie tuż po
północy z mega długimi życzeniami. Oczywiście, swoim telefonem mnie obudziła,
ale nie żebym była na nią przez to zła ani nic w tym stylu, wręcz przeciwnie.
Kocham ją za to.
- Jak się czujesz z
tego powodu? – pyta mnie z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Katie, to że
skończyłam szesnaście lat nie znaczy, że moje życie zmieniło się o 180 stopni –
uświadamiam ją.
- No jak to nie!
Teraz możesz chodzić na imprezy! Możesz oglądać filmy od 16 lat!
- O, tak. To właśnie
dlatego chciałam mieć 16 lat. Żeby móc oglądać filmy.
- Wiedziałam.
Odwieszam kurtkę na
miejsce, zakładam plecak na plecy i ruszam razem z Katie pod klasę.
Nie lubię przechodzić
szkolnym korytarzem. Mam wtedy wrażenie, że wszystkie oczy są skierowane na
mnie. Na pewno ma to związek z tym, że jestem nieśmiała. Nie żebym zwieszała
głowę i przebiegała jak najszybciej. Idę normalnie, z uparcie podniesioną głową
i patrzę przed siebie. Co nie zmienia faktu, że nie czuję się komfortowo.
Jak już wcześniej
wspomniałam, moja szkoła jest duża, więc droga od szatni do klasy nr 46 nie
może być krótka. Idąc, spotykam wiele swoich koleżanek. Typowe przywitanie
nastolatek: uśmiech i buziak w policzek. Jeszcze w pierwszej klasie było to dla
mnie nie do przyjęcia: całować się z koleżankami? Zalatywało mi to trochę
lesbijstwem. A teraz? Teraz jest to tak samo naturalna rzecz jak wstanie rano z
łóżka. Zadziwiające, jak podejście człowieka do wielu spraw w teoretycznie
krótkim czasie się zmienia.
Dzwoni dzwonek.
Wdrapujemy się z
Katie jeszcze przez jedno półpiętro, robimy parę kroków i jesteśmy pod salą od
historii. Akurat w momencie, kiedy do klasy wchodzi ostatni już chłopak.
Wchodzimy.
Piątka z kartkówki,
piątka z pracy domowej. Zawsze dobrze sobie radziłam w szkole, ale nie należę
do osób, które godzinami siedzą nad książkami i wkuwają. Nauka po prostu łatwo
mi przychodzi i się z tego bardzo cieszę. No bo kto by się nie cieszył?
Ale inni nie maja tak
łatwo.
- Nie wierzę! Po
prostu kurde nie wierzę! Jak ona, do jasnej ciasnej, mogła mi dać jedynkę za
ten referat? – słyszę od swojej blondwłosej przyjaciółki.
- Serio, Katie?
„Jasnej ciasnej”? – śmieję się.
- Usłyszałam to
wczoraj w „Złamane serce”. Dylan powiedział tak do Sky, kiedy ona przyszła do
niego i oznajmiła, że…
- Dobra, dobra, stop.
Zrozumiałam.
„Złamane serce” to
jej ulubiony serial. Leci codziennie w telewizji i jeszcze nie było odcinka,
którego by nie obejrzała. Wszystko byłoby okay, gdyby nie to, że ciągle szuka
okazji, aby do niego nawiązać. Nawet powtarza takie zwroty jak „jasna ciasna”.
Mimo, że jestem jako-taką romantyczką, po prostu nie cierpię, wręcz nienawidzę
tego serialu. A ona doskonale o tym wie i albo o tym zapomina albo wciąż
próbuje mnie do niego przekonać. Nigdy.
- Co mamy teraz? - pytam. Nie potrafię zapamiętać planu lekcji, a minęło już pół roku chodzenia do szkoły.
- Matematyka. Umm, masz może zrobioną pracę domową? - Katie szczerzy się do mnie tak, że pewnie ją to boli. Przywykłam do dawania zeszytu z pracą domową innym, aby ją przepisali. Właściwie, nie mam nic przeciwko temu.
Zatrzymuję się i wyciągam zeszyt z plecaka.
- Masz. Ja idę pod klasę.
Katie biegnie do łazienki, a ja ruszam dalej.
Docieram i podchodzę do Amy. To moja dobra koleżanka.
- Hej - witam się.
- Hej. A Katie gdzie?
- A gdzie może być Katie przed matematyką?
- No tak. Jak kiedyś sama zrobi matmę to normalnie jej postawię piwo.
- Powiedz jej tak, to zobaczysz jutro pięknie wszystko rozpisane w zeszycie. - uśmiecham się, a Amy odwzajemnia uśmiech, lecz po chwili na jej twarzy pojawia się smutek.
-Co jest?
- Idzie Święta Trójca.
Odwracam głowę. Amy ma rację. W naszą stronę zmierza Święta Trójca.
Tak określani są w całej szkole trzej chłopcy, z którymi mamy "zaszczyt" chodzić do klasy. Dave, Peter i Matthew to typowi podrywacze. Rozczochrane włosy, biały uśmiech,markowe ciuchy. Są obrzydliwie bogaci i w żadnym wypadku się z tym nie kryją, wręcz przeciwnie. Na każdym kroku okazują swoją przewagę nad innymi. A, no i są strasznie aroganccy. Nie przejdą przez szkołę bez klepnięcia jakieś dziewczyny w tyłek, albo bez wypowiedzenia sprośnego tekstu. Tak jest zawsze. Dzień w dzień. Mimo to ich lubię i jakimś cudem oni lubią mnie.
Dave to były Katie. Zaczęli ze sobą chodzić na początku trzeciej klasy. Kiedy Katie mi to powiedziała, uznałam ją za totalną idiotkę i pamiętam, że nawet obraziła się na mnie na jeden dzień, ale przeprosiłam. Nie lubię mieć z kimś jakiś sporów, a poza tym okazało się, że niesamowicie do siebie pasują i się kochają. Do momentu, kiedy przyłapała Dave'a na całowaniu i obmacywaniu innej laski w parku. Po dwóch tygodniach związku.
Peter jako jedyny z nich ma ciemne włosy, dwójka pozostałych to blondyni. Lekko mówiąc, ma wyjebane na oceny i szkołę, często go nie ma na zajęciach, a już na pewno nie ma go wtedy, kiedy jest zapowiedziany jakiś sprawdzian.
Matthew jest trochę bardziej spokojny, ale do poziomu normalnego chłopaka mu daleko. Chodzi na kółko matematyczne, co przyjaciele ciągle mu wypominają i często przez to się z niego śmieją. Ale nie jest w żadnym wypadku jakimś kozłem ofiarnym, o nie! Cała ich trójka ma o sobie wysokie mniemanie i żaden z nich nie jest gorszy. Oni są jednością górującą nad resztą. Wygląda to mniej więcej tak:
Właściwie to sama nie wiem, dlaczego się z nimi zadaję. Są tacy jacy są i doskonale wiedzą, co o nich myślę, o podrywaniu przez nich każdej napotkanej dziewczyny, o ślinieniu się na widok kobiecych tyłków czy odkrytego brzucha. Śmiało mogę jednak nazwać ich swoimi przyjaciółmi. Mogę z nimi szczerze pogadać i mnie nie wyśmieją, kiedy mam doła to pocieszą. Pamiętam, kiedy w pierwszej klasie chodziłam z takim jednym Martinem, byłam w nim na maksa zakochana (na tyle, na ile może się zakochać czternastolatka). Chodziliśmy ze sobą miesiąc, a potem bezceremonialnie podszedł do mnie na przerwie i oznajmił, że mu się znudziłam. Na drugi dzień przyszedł do szkoły z podbitym okiem, a Dave pękniętą skórą na kłykciach.
Może i są trochę zbyt zapatrzeni w siebie, ale to właśnie im oraz Katie ufam najbardziej.
Święta Trójca przechodzi obok nas, a ja czuję na swoim prawym pośladku ciepłą rękę Dave'a.
____________________________________________________________________________________________________
Mam nadzieję, że pierwsza część choć trochę was zaciekawi i zachęci do dalszego czytania. Pewnie wiecie, że pisanie takich tekstów nie jest łatwe, więc nie oczekujcie, że następna część pojawi się za dzień czy dwa.
Jeśli chcecie być na bieżąco z następnymi tekstami - dodajcie mnie do swoich kręgów!
Jeśli chcecie, żebym informowała was o następnych rozdziałach - napiszcie w komentarzu jakiś kontakt do siebie, abym mogła do was napisać (e-mail, facebook, ask, itp.)
Mile widziane pozytywne komentarze, a kiedy już chcesz napisać coś negatywnego - uzasadnij swoją krytykę. Wtedy na pewno pomyślę, nad Twoimi słowami :)
Do zobaczenia niebawem. ;)
Mo Di
Dave to były Katie. Zaczęli ze sobą chodzić na początku trzeciej klasy. Kiedy Katie mi to powiedziała, uznałam ją za totalną idiotkę i pamiętam, że nawet obraziła się na mnie na jeden dzień, ale przeprosiłam. Nie lubię mieć z kimś jakiś sporów, a poza tym okazało się, że niesamowicie do siebie pasują i się kochają. Do momentu, kiedy przyłapała Dave'a na całowaniu i obmacywaniu innej laski w parku. Po dwóch tygodniach związku.
Peter jako jedyny z nich ma ciemne włosy, dwójka pozostałych to blondyni. Lekko mówiąc, ma wyjebane na oceny i szkołę, często go nie ma na zajęciach, a już na pewno nie ma go wtedy, kiedy jest zapowiedziany jakiś sprawdzian.
Matthew jest trochę bardziej spokojny, ale do poziomu normalnego chłopaka mu daleko. Chodzi na kółko matematyczne, co przyjaciele ciągle mu wypominają i często przez to się z niego śmieją. Ale nie jest w żadnym wypadku jakimś kozłem ofiarnym, o nie! Cała ich trójka ma o sobie wysokie mniemanie i żaden z nich nie jest gorszy. Oni są jednością górującą nad resztą. Wygląda to mniej więcej tak:
Właściwie to sama nie wiem, dlaczego się z nimi zadaję. Są tacy jacy są i doskonale wiedzą, co o nich myślę, o podrywaniu przez nich każdej napotkanej dziewczyny, o ślinieniu się na widok kobiecych tyłków czy odkrytego brzucha. Śmiało mogę jednak nazwać ich swoimi przyjaciółmi. Mogę z nimi szczerze pogadać i mnie nie wyśmieją, kiedy mam doła to pocieszą. Pamiętam, kiedy w pierwszej klasie chodziłam z takim jednym Martinem, byłam w nim na maksa zakochana (na tyle, na ile może się zakochać czternastolatka). Chodziliśmy ze sobą miesiąc, a potem bezceremonialnie podszedł do mnie na przerwie i oznajmił, że mu się znudziłam. Na drugi dzień przyszedł do szkoły z podbitym okiem, a Dave pękniętą skórą na kłykciach.
Może i są trochę zbyt zapatrzeni w siebie, ale to właśnie im oraz Katie ufam najbardziej.
Święta Trójca przechodzi obok nas, a ja czuję na swoim prawym pośladku ciepłą rękę Dave'a.
____________________________________________________________________________________________________
Mam nadzieję, że pierwsza część choć trochę was zaciekawi i zachęci do dalszego czytania. Pewnie wiecie, że pisanie takich tekstów nie jest łatwe, więc nie oczekujcie, że następna część pojawi się za dzień czy dwa.
Jeśli chcecie być na bieżąco z następnymi tekstami - dodajcie mnie do swoich kręgów!
Jeśli chcecie, żebym informowała was o następnych rozdziałach - napiszcie w komentarzu jakiś kontakt do siebie, abym mogła do was napisać (e-mail, facebook, ask, itp.)
Mile widziane pozytywne komentarze, a kiedy już chcesz napisać coś negatywnego - uzasadnij swoją krytykę. Wtedy na pewno pomyślę, nad Twoimi słowami :)
Do zobaczenia niebawem. ;)
Mo Di
